Słońce paliło
niemiłosiernie.
Zaledwie kilka sekund po tym jak zaczynało jej być gorąco i zdejmowała
sweter, zrywał się przeraźliwie zimny wiatr. Zakładała więc sweter z powrotem.
Po chwili znów zza chmur wyłaniało się słońce i powtarzała cały absurdalny
rytuał w równych interwałach, ad
infinitum.
To właśnie była dla niej
kwintesencja „angielskiej pogody” i to dlatego była ciągle przeziębiona.
John był przeraźliwie
chudy, jak kartka papieru.
- Watch
out, you might get a papercut – śmiał się czasem.
Ona miała miękkie i
ciepłe ciało, w które uwielbiał się wtulać. I tylko to, że mieszkając w
Londynie czytała „Dublińczyków” Joyce’a wydawało mu się być nie na miejscu.